Menu

Astronomia i pochodne

Wszystko o astronomii

Lot Mercury 9

adelkatoja

Komentatorzy prasy, radia i telewizji wielokrotnie porównywali rozmiary wnętrza kapsuły statku Mercury do ciasnoty panującej w budce telefonicznej. Dla astronauty nie było to specjalnie dokuczliwe, gdy lot trwał kilkanaście lub kilkadziesiąt minut. Jednak wyczyn 36-letnlego majora lotnictwa amerykańskiego Gordona Coopera, najmłodszego w pierwszej grupie astronautów, który spędził w swoim miniaturowym statku ponad 34 godziny zasługuje na podziw. Kapsuła ostatniego już lotu w programie statku Mercury otrzymała nazwę ,,Faith 7" (od ang. „Wiara 7”). Różniła się ona nieco od swych poprzedniczek. Zdemontowano między innymi ważący aż 34 kg peryskop i zainstalowano nowe, pojemniejsze akumulatory zwiększające zasób energii elektrycznej pojazdu do 16,5 kWh. Masa zabieranego sprzętu badawczego wynosiła 28 kg w porównaniu z 5 kg w locie Glenna, 8,2 kg w locie Carpentera i 10 kg w locie Schirry. W skład wyposażenia wchodził nadmuchiwany balon (eksperyment, który nie udał się w misji Carpentera), kesonowa lampa błyskowa mająca oddzielić się od pojazdu i być obserwowana przez astronautę, 70-milimetrowa ręczna kamera fotograficzna HasselblacJ do zdjęć powierzchni Ziemi oraz klisze do pomiaru radiacji rozmieszczone w różnych częściach kapsuły. Zainstalowano także kameręTV mającą przekazywać na Ziemię obraz pilota i wnętrza jego statku co 2 sekundy.

Gdy 15 maja 1963 r. o godzinie 6:33 Cooper przybył na miejsce startu, obsługa wyrzutni wręczyła mu żartobliwy upominek na drogę: mały tłok używany przez hydraulików do przepychania zatkanych urządzeń sanitarnych z czerwoną kokardą i karteczką z napisem „Mały przyrząd na wszelki wypadek". Po odsunięciu się pomostów wyrzutni od rakiety, astronauta ze zdumieniem zauważył, że wiercąc się w swym fotelu wprawia w ruch cały statek łącznie z potężnym (aczkolwiek o bardzo delikatnej konstrukcji) kadłubem rakiety nośnej napełnionym  już  materiałami pędnymi. Nad Florydą wstawał już upalny poranek, gdy trzynaście sekund po godz. 8:04 uruchomiono silniki Atlasa. Sigma Seven, Faith Saven on the way przekazał chwilę po starcie Cooper do pełniącego rolę tzw. capcoma (tj. odpowiedzialnego za rozmowy z astronautą) Waltera Schirry siedzącego w ośrodku kontroli lotu na Cape Canaveral. Na wysokości 21 km niebo za oknami kapsuły zaczęło ciemnieć i rozświetlały ją tylko pojedyncze promienie Słońca, gdy ukazywało się ono w iluminatorze. Wzlot na orbitę trwał 5 minut. Gdy Cooper obrócił „Faith 7" o 180°, jego oczom ukazała się „dryfująca" w odległości ok. 200 m odłączona rakieta nośna, która jak stwierdził „zdawała się ogromna i wyglądała pięknie: wokół kadłuba miała szeroką opaskę z białego szronu, a z tyłu ciągnęła smugę ciekłego tlenu".

W dole rozpościerała się fantastyczna panorama wschodniego wybrzeża USA od Florydy do Waszyngtonu na tle błękitnych wód Atlantyku. Podczas pierwszego okrążenia Cooper miał kłopoty z wymiennikiem ciepła chłodzącym wnętrzB skafandra, przez co urządzenie klimatyzacyjne ciągłe roz reguło wy wało się i co 10 15 minut jego pokrętło trzeba było ustawiać w nowej pozycji. Tymczasem w dole mignęły światła australijskiego miasta Perth, a po kilkudziesięciu minutach, już nad Meksykiem, w słuchawkach zabrzmiał niski i przyjazny głos Gusa Grissoma. Pierwsze okrążenie zakończyło przekazanie do Cape Canaveral obrazów telewizyjnych z pokładu „Faith T\ W czasie drugiego obiegu Ziemi, astronauta zapadł w dziesięcin mi nutową drzemkę, a gdy ocknął się po raz pierwszy w tym locie, zauważył Księżyc w oknie kabiny Odruchowo zlokalizował go na tle gwiazdozbiorów i... stwierdził, że widzi go w niewłaściwym miejscu. Dopiero po chwili Cooper zorientował się, że statek samorzutnie zmienił położenie. Na początku trzeciej orbity od kapsuły zgodnie z planem oddzieliła się lampa błyskowa. Na początku astronauta miał kłopot z jej zlokalizowaniem, ale później bez przeszkód obserwował migoczące światło nawet, gdy po ok. 4 godzinach odległość między obiektami wzrosła do prawie 20 km. Sporo kłopotów sprawiło Cooperowi jedzenie i picie.

Podczas lotu astronauta wypocił z siebie blisko 2 litry wody, był więc bardzo spragniony. Tymczasem urządzenie mające dostarczać wody tryskało mu w twarz silnym strumieniem, gdy zgodnie z instrukcją przyciskał gumową gruszkę. Zdesperowany postanowił w końcu ssać wodę wprost z rurki. Wraz z wodą z rurki przedostało się powietrze i Cooperowi zaczęło się „odbijać1. Wreszcie gdy przepełnienie zbiornika potu zmusiło go do przelania słonel wydzieliny do zbiornika wody pitnej, astronauta sięgnął po awaryjny zapas wody. Nie lepiej poszło z jedzeniem: nie udało się wtłoczyć wody do torebek z liofilizowaną żywnością, a nieduże kanapki „na jeden kęs" pokruszyły się w opakowaniach, grożąc wypuszczeniem w powietrze chmury okruchów, które w nieważkości mogły dostać się do oczu i nosa.

Wobec tego Cooper musiał zadowolić się ciasteczkami czekoladowymi, słodkim blokiem Nugat i keksem. Jak sam stwierdził, znalazł się później w sytuacji człowieka, który zamiast obiadu dostał tylko deser. Na terenach, nad którymi przebiegała orbita „Faith 7” przez cały czas misji panowała idealna pogoda. Cooper czuł się więc jak turysta podziwiając z kosmosu coraz to nowe połacie lądów nie obserwowane dotąd w lotach astronautów amerykańskich. Nad pogrążoną w mroku Afryką Południową obserwował światło silnego reflektora ustawionego w pobliżu Btoemfontein, specjalnie tak, aby można go było zobaczyć z orbity .

Cooper stwierdził u siebie wystąpienie fenomenu niezwykłej ostrości wzroku, zauważone przez poprzednich astronautów i kosmonautów. Szczególnie wdzięcznym terenem do obserwacji okazał się płaskowyż Tybetu i północne Indie. Cooper widział poszczególne domy i dymy z kominów unoszone wiatrem, pojazdy na drogach ciągnące za sobą kurz, pociąg z parową lokomotywą, a nawet łodzie na dużej rzece na pograniczu Indii i Birmy. Nad Teksasem astronauta przelatywał nad Dallas i Houston. Zażartował, że nie widzi dachu swojego nowego domu na przedmieściu Houston tylko dlatego, że przesłaniają go gałęzie drzewa. Podczas czternastego okrążenia nad Pacyfikiem, w 21 h 49 min lotu Cooper odmówi! modlitwę za ludzi zaangażowanych w realizację lotu, włączając w nią również siebie.

Szesnaste okrążenie Ziemi zamknęło pełną dobę misji pierwsze tego rodzaju osiągnięcie w programie lotów Mercury. 17 i 18 okrążenie zajęło wykonywanie zdjęć powierzchni Ziemi, horyzontu i w paśmie podczerwieni także pokrywy chmur. Gdy po zakończeniu „sesji zdjęciowej” astronauta włączył zasilanie tablicy przyrządów, jego uwagę skupiło zapalenie się zielonej lampki oznaczającej, źe nieważkość zanikła i pojawiła się już grawitacja 0,05 g. Jak się okazało chwilę później, była to pierwsza oznaka awarii automatycznego systemu stabilizacji: oba giroskopy i tzw. skaner horyzontu nie działały. Przez ostatnie trzy okrążenia astronauta sprawdzał poszczególne systemy. ale wszystkie próby sprowadziły się do jednego wniosku, że musi on sam sterować położeniem statku podczas powrotu na Ziemię.

Cooperowi udało się bardzo dobrze ustawić pojazd przed uruchomieniem silników hamujących, mimo że ich odpalenie miało nastąpić już 4 minuty po wylocie z cienia Ziemi. Jak wspomina Cooper, w utrzymaniu 34-stopniowego pochylenia statku pomocna okazała się obserwacja oświetlonej przez Księżyc pokrywy chmur i świateł miast w Chinach. Gdy „Faith 7" przedarła się przez strefę przerwy w łączności, Cooper usłyszał w słuchawkach głos Scotta Carpentera. Na wysokości 13 000 m według słów Coopera „ze szczękiem i hukiem przypominającym wyrzucenie kotwicy statku" otworzył się spadochron hamujący. Wkrótce potem , kiedy strzałka wysokościomierza osiągnęła 3300 m, nad kapsułą rozpostarła się czerwono-biała czasza spadochronu głównego, a do rozmowy Coopera i Carpentera wmieszali się piloci śmigłowców. 38 minut po wodowaniu, dźwig lotniskowca USS „Kearsarge” podniósł „Faith 7" na pokład. Program Mercury dobiegł końca.

© Astronomia i pochodne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci